Menu Zamknij

Kolejny zmarnowany dzień?

uczucie-zmarnowanego-dnia

Nadchodzi wyczekana sobota. Mogę spać, do której zechcę i leżeć do góry brzuchem, jeśli tylko mam na to ochotę. Grubo po 9 leniwie wstaję z łóżka i z przyjemnością się przeciągam. Planów: brak. Wspaniale! Jedząc naleśniki z serem, czytam fajną książkę i czas mija mi jak marzenie. W końcu mogę bez wyrzutów sumienia pooglądać sobie YouTube! Nadrabiam zaległości, czerpiąc z tego niemałą frajdę. I wtedy zerkam na zegarek. Już 13:30, ależ to zleciało! Pora szykować obiad. Po obiedzie jest już prawie 16. I przychodzi to. Koszmarne, gorzkie…  

 

 

Uczucie zmarnowanego dnia

 

Najgorsze z najgorszych, odbierające całą radość, która mogłaby wynikać ze słodkiego lenistwa. Ale skąd to wrażenie? Skoro z góry zakładałam, że dziś odpoczywam, że dziś nie pracuję, że dziś nie sprzątam. Że dziś się regeneruję, relaksuję, spędzam dzień na rozrywce. A jednak się pojawiło. Trudno z nim dyskutować, bo nie chce słuchać. Mówi “Ok, w porządku, chciałaś odpocząć”, a gdzieś w klatce piersiowej, tuż obok serca, wierci coraz większą dziurę.  Wracam do oglądania, ale nie czerpię już z tego przyjemności. 

 

Niewykorzystany czas

 

Czuję, że połowa dnia już za mną, a nie spędziłam go ani trochę tak, jak powinnam. Co to znaczy “jak powinnam”? Oglądam nie to, co trzeba, nie czytam wystarczająco dużo, a podczas kąpieli nie relaksuję się tak, jak się spodziewałam.

Czynności, które mają dawać odpoczynek, nie dają go wystarczająco, a te produktywne nie przynoszą zadowalających rezultatów. Nic nie wygląda tak, jak pokazują to w filmach. Woda w wannie szybko robi się zimna, czytanie w kąpieli niewygodne, a radosne pieczenie ciasta wiąże się z półgodzinnym zmywaniem naczyń. Nie ma w tym finezji, lekkości, piękna scen filmowych i książkowych narracji, z których wypływa prawdziwy relaks i spokój. 

W poniedziałek rano wstaję do pracy, czując, że nigdy nie nauczę się odpoczywać. 

uczucie-marnowanego-czasu

 

FIKSACJA

 

Zastanawiam się: Dlaczego? I dochodzę do wniosku, że ewidentnie próba wyciśnięcia z chwili jak najwięcej daje efekt przeciwny do zamierzonego. Kojarzysz sytuację, w której ktoś na maksa fiksuje się na stworzeniu cudownej rodzinnej atmosfery w czasie świąt… czym ostatecznie doprowadza do napięcia i wybuchających kłótni? A to wszystko w imię spokojnych świąt?

Klasyk!

Im bardziej chcę odpocząć i wykorzystać wolny czas, tym bardziej marnuję go na umartwianiu się, że nie wykorzystuję go prawidłowo. Co za absurd! 

 

Nieuświadomione oczekiwania

 

Wiesz, co jest odpowiedzialne w głównej mierze za nasz brak satysfakcji z życia, jeśli taki występuje? Zakładając, że zaspokajasz swoje podstawowe potrzeby, to odpowiedź jest prosta: oczekiwania. Często nieuświadomione. Oczekiwania są jedynym źródłem rozczarowań. Nie ma rozczarowania bez konkretnego oczekiwania. A wrażenie zmarnowanego dnia to wyłącznie kwestia bezsensownych oczekiwań.    

 

zmarnowany-dzien

 

Moje oczekiwania 

 

Myślę, że te oczekiwania wobec weekendu biorą się u mnie z konkretnej przyczyny: ja wciąż podskórnie uważam tydzień pracy za nieprawdziwe życie. I zrozumiałam to właśnie teraz, pisząc ten tekst. Spora część mnie traktuje poniedziałek-piątek za czas, który się odbębnia w oczekiwaniu na wyśniony weekend… A oczekiwania rosną. Z wtorku na środę, z czwartku na piątek. Już jutro weekend! Nie mogę się doczekać! Ale odpocznę, wyśpię się, pooglądam! 

Nadchodzi weekend i w raz z nim nadchodzi rozczarowanie. Na studiach rozczarowywały mnie imprezy, później zaczęły wyjazdy i odpoczynek w domu. Nigdy nie byłam zadowolona z tego, jak przeżyłam swój wolny czas. Pamiętam, że żadna impreza nigdy mi się do końca nie podobała, bo zawsze spodziewałam się czegoś innego, lepszego. To nigdy nie było to. Nie było tak fajnie, jak wydawało mi się, że jest na imprezach innych ludzi. I tak samo jest teraz z weekendami. Zawsze wydają mi się niewystarczające. I zawsze takie będą, jeśli ja będę oczekiwać od nich fajerwerków. Relaksu jak z filmu, pięciu spotkań towarzyskich, uprzątnięcia mieszkania i wspólnego gotowania.

 

STOP!

 

To ostatnia zmarnowana sobota w moim życiorysie. Nie chcę nigdy więcej rozpatrywać swojego czasu w kategorii “wystarczająco dobrze wykorzystanego”, bo to droga donikąd. Do niezadowolenia z siebie, ze swoich możliwości, ze swojego otoczenia i… życia. Zawsze można zrobić więcej i lepiej, zawsze można być bardziej produktywnym lub bardziej zrelaksowanym i nigdy nie zaznać satysfakcji z obecnej sytuacji. 

Już tak nie chcę. Po prostu. 

. . .

 

Ten wpis nie miał się pojawić, bo nie sprzedaję w nim żadnej fajnej rady, obnażam jedynie swoje demony ;). Ale wiem, że utożsamianie się z czyimś problemem też jest cenne, a bycie w nim razem – już w ogóle. Więc bardzo chętnie przyjmę Wasze przemyślenia na ten temat. 

 

Tylko wystarczających dni,

blog-minimalizm-2020

 

 

 

 

NEWSLETTER

No spam guarantee.

Podziel się tym wpisem z innymi:
  •  

Powiązane wpisy

Subscribe
Powiadom o
guest
6 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Essi

Trafione w punkt. Też wielokrotnie tego doświadczałam i nadal doświadczam. Myślę, że rozwiązaniem mogłoby być znalezienie prawdziwej pasji w życiu. Takiej której podporządkujemy swoje życie, albo dużą jego część. Niestety, nadal jej nie znalazłam. Często po takim dniu mam poczucie, że wcale nie tak chciałam go spędzić, że wcale nie tego potrzebowałam. Nie zawsze wyspanie się, dobry obiad i posprzątane mieszkanie wystarczają do szczęście. W zasadzie to nigdy nie wystarcza, jeśli nie mamy w życiu czegoś głębszego, czegoś co jest ponad to i co uwielbiamy tak naprawdę robić. Może ten nasz dzień idealny powinien wyglądać całkowicie inaczej?

Zofia

Zgadzam sie z Gabi 🙂 ! Polecam film Pixara – Soul, porusza temat pasji, celu w zyciu, ale w madry sposob 🙂

Kasia

Wspaniały blog 🙂 trafiłam przypadkiem z simplicite gdzie zostawiłaś komentarz na tyle intrygujący, że odwiedziłam i Ciebie 🙂 nie żałuję!
Ja dorzuciłabym do Twoich wniosków jeszcze, że często traktuję weekend jak zapasowe godziny 😉 – bo odkurzę/sprzątnę/zrobię zakupy/wypiorę/zadzwonię/dokształcę się/poćwiczę…etc. bo się w tygodniu nie wyrobiłam. I tak ciągle czekam na ten weekend/święta/urlop, bo wtedy to łoooomatko co to ja nie zrobię! I czasem się łapię na tym, że tak całe życie często czekamy na “coś więcej”, a jutra przecież może nie być. Staram się uczyć uważności, ale to żmudny i stały proces…takie powtarzanie sobie czasem “stop. Weź oddech. Rozejrzyj się. Dostrzeż świat wokół i samą sobie…”
Jestem dekadę starsza i szczerze Ci życzę, by te wnioski były z Tobą dalej. Byś nie zgubiła ich gdzieś między pracą-dziećmi-mężem-codziennością.
Przesyłam masę pozytywnej energii i 3mam kciuki z rozwój bloga.

6
0
Zgadzasz się? A może wręcz przeciwnie? Skomentuj!x
()
x