Menu Zamknij

Minimalizm a zero waste: 10 moich praktyk

minimalizm-a-zero-waste-blog

Tematyka minimalizmu i ruchu zero waste lubi się zazębiać, ale niekoniecznie jedno musi wiązać się z drugim. W minimalizmie, w który ja wierzę, odrzucamy nadmiar i bezmyślny konsumpcjonizm, a w zamian celebrujemy życie, w tle otaczając się ulubionymi rzeczami. Minimalizm stawia  człowieka  – nie rzeczy –  na pierwszym miejscu, jego komfort, spokój, harmonię i szczęście. Zero waste zwraca uwagę przede wszystkim na dobro środowiska, teraz i w przyszłości.

Zero waste zakłada niemarnowanie zasobów, wykorzystywanie posiadanych rzeczy do cna i rezygnację z niepotrzebnego zaśmiecania świata. To właśnie ta różnica priorytetów. Co je łączy? Minimalizowanie liczby używanych przedmiotów, ograniczenie zakupów do tych przemyślanych i bardziej uważne podejście do codzienności.

 

Pułapki minimalizmu

 

Minimalizm jest filozofią życia, która w znakomitej większości przypadków przynosi pozytywne skutki dla człowieka i świata. Ma jednak jedną pułapkę: wyrzucanie wciąga. Szczególnie na początku drogi, gdy po raz pierwszy naprawdę dostrzeżemy nadmiar, który nas otaczał. Chcemy wyrzucać i wyrzucać, jak najszybciej dojść do etapu tylko ulubionych rzeczy.

Czy da się to jakoś ominąć? Nie jest łatwo. Czując zew minimalizmu, wcale nie mamy ochoty do przechowywania tych wszystkich worów, tylko chcemy się ich jak najszybciej pozbyć. Umówmy się – większość nadmiaru nie uda nam się sprzedać, a i czasem oddać za darmo będzie trudno. Śmietnik kusi, szczególnie jeśli nie mamy piwnicy czy innego miejsca, w którym nie będą nam te rzeczy przeszkadzać.

Naturalnie zachęcam do rozsądnego pozbywania się niepotrzebnych przedmiotów. Bardzo rzadko wyrzucam ubrania (chyba że naprawdę się zniszczą i nie nadają się nawet do kontenera na odzież), zdecydowanie najczęściej je sprzedaję. O tym, jak skutecznie robić to w Internecie, pisałam w tym wpisie. Karton pełen tanich, domowych pierdół, które straciły jakąkolwiek wartość od razu po opuszczeniu sklepu, ułożyłam pod śmietnikiem z karteczką “Do wzięcia”. Wiele większych gabarytowo rzeczy trafiło jednak na śmietnik, bo nikt nie chciał ich nawet za darmo.

Pewnie gdybym dłużej poczekała, to ktoś by się skusił. Ale wtedy czułam, że to przedsięwzięcie oczyszczania musi być przeprowadzone jak najszybciej i tylko wtedy naprawdę przyniesie efekt. Nie wiem, czy miałam rację, być może byłby on równie piorunujący, jeśli mniej bym się spieszyła.

 

Moje mniej

 

Mimo że zachowanie zero waste przy wielkim odgruzowywaniu swoich przestrzeni jest niezwykle trudne, zawsze warto mniej marnować na co dzień. Bo mimo że zdecydowanie nie mogę powiedzieć o sobie, że żyję w filozofii zero waste – to less waste już jak najbardziej. Każdego dnia staram się, by moich śmieci było trochę mniej. Dziś podrzucam Wam parę less wastowych praktyk, które stale są w moim życiu i jednocześnie… nie uprzykrzają go, a często wręcz umilają.

Uwaga! Wiem, że to, co robię z myślą o ruchu zero/less waste, nie jest niczym wyjątkowym i mogłabym robić znacznie więcej. Ale uważam, że każde działania w tym aspekcie są warte dumnego komunikowania, bo a nuż zachęcą inną osobę do wdrożenia choćby i takich drobiazgów do swojego życia.

1. Demakijaż zero waste

Zmywanie makijażu przed snem zawsze było dla mnie straszliwie przykrym obowiązkiem. Nie znosiłam tych wszystkich płynów do demakijażu,  zużywania jednorazowo pięciu wacików i szczypania oczu. Nie miało to nic wspólnego z relaksem. Poza tym błyskawicznie zużywałam kosmetyki do demakijażu i nonstop musiałam je kupować. Dużo pieniędzy, plastiku i dyskomfortu.

Kiedy odkryłam zmywanie makijażu olejem kokosowym, to nagle znienawidzona czynność stała się maksymalnie relaksującym rytuałem. Olej nie sprawdził mi się na włosy, więc kiedyś eksperymentalnie nałożyłam go na twarz i delikatnie wmasowałam w powieki. Błyskawicznie rozpuścił makijaż. Od razu zrezygnowałam z używania standardowych płynów do demakijażu.

Aby zmyć olej z twarzy, moczę wspomnianą gąbeczkę i delikatnie przecieram nią twarz. Później przemywam buzię samą wodą. Twarz jest nawilżona i nienapięta (tak jak po płynach), a poza tym – odprężona, bo zwykle masuję ją przez chociaż minutkę.

Same plusy: oszczędność, przyjemność użytkowania, niegenerowanie odpadów (olej jest w szklanym słoiku i wystarcza na ho-ho-ho). Uwielbiam!

 

minimalizm-a-zero-waste-blog

olej kokosowy z Biedronki + wielorazowy, materiałowy wacik z Aliexpress

 

PS Kupując olej, przypadkowo wybrałam rafinowany, który nie ma zapachu. Pewnie na włosy sprawdza się lepiej ten nierafinowany, ale do demakijażu bezzapachowość i ewentualna mniejsza odżywczość jest w porządku. Nie zapycha mnie, ale mam cerę raczej suchą.

 

2. Zakupy spożywcze less waste

Bawełniana torba na zakupy to mus. Zawsze wkurzało mnie wydawanie kasy na reklamówki, więc od dawna kierowała mną przede wszystkim oszczędność w tym względzie. Nie mówiąc o tym, że wielka kolekcja takich siatek w domu zawsze mnie jakoś żenowała.

Warzywa i owoce, które będę obierać lub pojedyncze ich sztuki staram się brać bez foliówki. Jeśli ją wezmę (bo kupuję np. kilo śliwek), to wykorzystuję drugi raz, a czasem nawet kilka razy, bo często pakuję w nie kanapki do pracy. W przyszłości zamierzam przerzucić się na własne woreczki.

 

3. Picie wody z kranu

W domu ze szklanki, w pracy piję z kubka z rurką, w podróży z wielorazowej butelki lub zwykłej – używanej wielo, wielo, wielokrotnie. W pracy piję wodę z dystrybutora (który oczyszcza wodę z kranu, a nie takiego na wymienne butle), w domu wyłącznie kranówkę. Zawsze odpowiadał mi smak wody z kranu w moim mieście, więc nie miałam problemu z przekonaniem się do tego.

 

4. Dozowanie  = oszczędzanie

W kuchni korzystam z dozownika do mydła jako dozownika do płynu do naczyń – nieporównywalna oszczędność, bo płynu schodzi kilkukrotnie mniej niż wcześniej, a przy okazji mycie naczyń jest o stokroć wygodniejsze.

 

5. Wysyłki z recyklingu

Zachowuję wszystkie opakowania z przesyłek (kartony, foliowe koperty, folię bąbelkową) i wykorzystuję ponownie do wysyłek rzeczy  sprzedawanych przeze mnie – dużo sprzedaję przez Internet, a chyba raz w życiu kupiłam specjalnie w tym celu kopertę czy cokolwiek podobnego.

 

6. Odżywki do włosów jako żel do golenia

Odżywki do włosów, które mi się nie sprawdziły, wykorzystuję do golenia nóg, a szampony do czyszczenia pędzli do makijażu (choć akurat większość szamponów, które nie pasują mi, pasują mojemu chłopakowi).

 

8. Maszynki do golenia – jednorazowe, ale… 

Zapewne w końcu zdecyduję się na wielorazową, jednak trochę obawiam się wymieniania ostrzy. Na szczęście trafiłam już dawno temu na jednorazową (teoretycznie) maszynkę nie do zdarcia z Rossmana. Chodzi dokładnie o taką różową z motylkiem, kosztującą ok. 4 złote, sprzedawaną pojedynczo. Jest straszliwie ostra i początkowo łatwo się nią zaciąć. Jednak dzięki temu wystarcza mi na co najmniej dwa miesiące: zawsze starannie ją czyszczę, więc proszę się nie wzdrygać 😉

 

7. Naturalny peeling

Jako nastolatka kupowałam czasem gotowe peelingi. Dziś z przerażeniem patrzę na malutkie buteleczki z Joanny Naturii, w których peelingu wystarczało na dwa użycia. Obecnie używam wyłącznie peelingu z fusów kawy lub z cukru (samego bądź z olejem kokosowym).

 

8. Wielozadaniowe masło shea

Używam masła shea jako balsam do ciała, krem do twarzy na noc, krem do rąk i zabezpieczacz końcówek włosów. Słoik jest z plastiku, ale wystarcza na długie miesiące i zastępuje mi kilka opakowań balsamów i kremów.

 

9. Kubeczek menstruacyjny

Na kubeczek zdecydowałam się ok. rok temu i dziś nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez niego. Korzystam ze standardowego kubeczka Facelle i jestem zadowolona – odkąd nauczyłam się go aplikować (nie było łatwo przez pierwsze dwa okresy), nie przeciekł ani razu. Dzięki niemu zapominam, że mam okres. Korzyść dla ekologii, mojego portfela i komfortu. Nie mam porównywania z kubeczkami z wyższej półki.

 

10. Patyczki higieniczne 

Może komuś wyda się to okropne, ale korzystam wielokrotnie z jednego patyczka, jeśli użyłam go do poprawienia makijażu. Uważam, że wyrzucanie patyczka po przetarciu rozmazanej maskary na powiece jest totalnym marnotrawstwem. Najlepiej byłoby całkowicie z nich zrezygnować, ale korzystam z nich codziennie i nie potrafię niczym zastąpić. Naturalnie te bambusowe są mniejszym złem.

 

minimalizm-blog

 

Tak jak wspomniałam na początku, nie jestem szczególnym wzorem do naśladowania w tej kwestii. Generuję więcej plastiku, niż mogłabym. Ale również generuję go znacznie mniej, niż mogłabym 😉 A to już coś! Jak Wy podchodzicie do ruchu zero/less waste? Czy macie jakieś sprawdzone patenty w tym temacie? 

 

 

Powiadomienia o nowych postach

No spam guarantee.

Podziel się tym wpisem z innymi:
  •  

Powiązane wpisy

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Marta
Marta
1 miesiąc temu

Woda z kranu Ok, a właściwie byłaby OK gdyby nie rury w ścianach. Przy czyszczeniu kolanka pod zlewem widziałam jaki syf można tam znaleźć.

2
0
Zgadzasz się? A może wręcz przeciwnie? Skomentuj!x
()
x