Menu Zamknij

5 typów ubrań, których już nie kupuję

ubrania-ktorych-nie-kupuje-minimalizm-blog

Minimalizm zdecydowanie wpłynął na zawartość mojej szafy. Po przeczytaniu Magii Sprzątania pozbyłam się 80% ubrań – na szczęście większość udało mi się sprzedać, co opisywałam tutaj. Jednak największym wyzwaniem w posiadaniu minimalistycznej szafy jest utrzymanie wprowadzonego stanu. I nie chodzi o to, by już nic nigdy nie kupować. Jeśli kiedykolwiek Wasze ubrania przeszły porządną selekcję, pewnie skończyłyście z… listą koniecznych zakupów. To jasne, bo często okazuje się, że miałyśmy sto t-shirtów i ani jednej porządnej koszuli (mój przykład). Selekcja pokazuje, czego naprawdę potrzebujemy.  Ale tylko wtedy, kiedy wyciągniemy z niej wnioski.

Jeśli kupowałyście dużo ciuchów, to pewnie spora część szafy stanowiły ubrania “OK”. Ładne, fajne, szkoda sprzedać, lubię kiedy wisi w szafie i inne takie superpowody trzymania nienoszonych rzeczy w szafie. Klucz to dokładnie przeanalizować, którego rodzaju ubrania wyleciały z tej szafy i którym nie pozwolić nigdy na powrót. Bo bez tej refleksji i wniosków szafa szybko zagraci się sama.

 Oto moja lista 5 rodzajów ubrań, których już nie kupuję. Może któryś punkt też przydałby się w Twojej zakupowej anty-liście?

ubrania-minimalizm-blog

  • Koszulki i sukienki z poliestru

Długo mi zajęło dojście do tego, dlaczego czasem pocę się tak okrutnie, a czasem niemal wcale. Dlaczego czasem czuję się świeżo cały dzień, a czasem mam ochotę na kolejny prysznic godzinę po poprzednim. Od kiedy kompletnie zrezygnowałam z tego materiału w przypadku odzieży przy ciele, problem rozwiązał się całkowicie, a lato – szczególnie w mieście – stało się znacznie przyjemniejsze.  O stokroć.

  • Koszulki z dużymi nadrukami

Szczególnie np. z postaciami z kreskówek, których obecnie w sieciówkach od groma. Czułam się w nich infantylnie, trochę jak w piżamie, a i tak stale je kupowałam, bo motyw mi się podobał – był uroczy albo ciekawy (często w przypadku t-shirtów z polskimi grafikami z Medicine). W końcu zrozumiałam, że fajny napis czy grafika wcale nie sprawia, że ubranie też jest fajne. A grafikę wolę na ścianie jeśli już, nie na sobie. Chyba, że chodzi o tatuaże 😉

  • Jasne spodnie

Po prostu się u mnie nie sprawdzają. Nie wiem, jak niektórzy potrafią przetrwać z klasą cały dzień w białych spodniach. Ja obawiałam się nawet siąść w nich na ławce, więc leżakowały w szafie. A szkoda, bo all white outfits naprawdę mnie urzekają.

  • Kolejne trampki, sneakersy czy inne sportowe buty na co dzień

Chodzę prawie wyłącznie w takim obuwiu, ale nie chcę kupować nowych. Doszłam do wniosku, że i tak w kółko noszę 1-2 ulubione (Vans Old Skool i białe trampy z Sinsay(!)), a resztę zakładam “dla odmiany”, czując się w nich zdecydowanie gorzej. Nie potrzebuję więcej niż dwóch par tego rodzaju butów (+ jedne “do zajechania” na ogniskach itp.), a im mniej bezsensownych wyborów w ciągu dnia, tym lepiej. Bezsensownych, bo dobrze wiedziałam, że wolałabym założyć inne, ale czasem decydowałam się na te mniej lubiane z jakiegoś śmiesznego powodu. No tak – żeby nie było, że chodzę w tych samych i nie mam innych 😉

  • Torby na co dzień

Mam dwie duże noszone regularnie i sytuacja z nimi rysuje się jak wyżej.

  • Zdublowane ubrania

Kiedyś miałam z tym problem. 10 szarych t-shirtów, 10 czarnych, 10 białych. W każdej grupie po jednym czy dwóch naprawdę lubianych. Plusy? Rzadsze pranie. Minusy? Rzadsze pranie = rzadsze noszenie lubianych ciuchów. Jasne, że trzeba się częściej motywować do tej czynności, posiadając znacznie mniej ubrań, ale chodzenie codziennie w ulubionych ubraniach warte jest tego zachodu.

Nie mam oczywiście na myśli puszczania prawie pustego bębna parę razy w tygodniu. Aktualnie robię maksymalnie 2 prania, a bęben zawsze jest zapełniony przynajmniej w 1/3. Długo musiałam się do tego przekonywać. Wcześniej kosz na pranie był wiecznie pełny, a ja zawsze bez ulubionego ciuchu na nagłe wyjście – bo leżał niewyprany na dnie wielkiego kosza. Nie mówiąc o tym, że często też zapominałam w ogóle o istnieniu jakichś ubrań, bo wylądowały w rzeczonym koszu już dawno i nie było po drodze ich wyprać, bo np. były kolorowe i delikatne, więc trzeba było się zająć nimi inaczej.

Być może części z Was nie robią różnicy małe niuanse różniące dwa białe t-shirty, ale dla mnie długość rękawków, głębokość i typ dekoltu, materiał i ułożenie na ciele bardzo wpływają na to, jak w konkretnym się czuję. Choć mogą wydawać się niemal identycznie, jeden założę znacznie chętniej i częściej będę to robić. Nie zawsze ma tu znaczenie cena, bo raczej nie sięgam po te z najwyższych półek. Lubię natomiast np. bawełniane t-shirty w serek z Pull&Bear, które łączą wszystkie lubiane przeze mnie cechy, a kosztują… 30 złotych. Jeden (biały!) jest już w mojej szafie od 3 lat i za nic nie zamierzam się z nim rozstać. Jeśli się zniszczy, kupię następny – zamiennik, a nie dubel.

ubrania-ktorych-nie-kupuje-blog

To tylko część punktów z mojej zakupowej anty-listy, która rośnie zdecydowanie szybciej niż lista moich zakupowych marzeń. Im bardziej odbijam się od tego, czego nie lubię-nie chcę-nie potrzebuję, tym częściej trafiam w to, co lubię -chcę-potrzebuję 😉

Powiadomienia o nowych postach

No spam guarantee.

Podziel się tym wpisem z innymi:
  •  

Powiązane wpisy

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
0
Zgadzasz się? A może wręcz przeciwnie? Skomentuj!x
()
x