Menu Zamknij

Nie pakuj sobie gó*na do głowy

minimalizm-blog

Moje poranki zmieniły się o 180 stopni, kiedy załapałam, że stare polskie kawałki z pijaną Warszawą w tle nie są najlepszym sposobem na rozpoczęcie dnia. Soundtrack złożony z przygnębiającej melodii i jeszcze bardziej przygnębiających słów determinował mój nastrój już w drodze do pracy.

Niby zawsze o tym wiedziałam, że nie nastrajam się zbyt dobrze, ale pozytywne, wesołe piosenki wcale nie mi nie siadały. Irytowały mnie i kompletnie nie potrafiłam wczuć się w ich klimat. Podobnie z filmami – zawsze najchętniej oglądałam ponure dramaty z kieliszkiem w tle, które zresztą polskim filmowcom wychodzą najlepiej. Jak komedie, to tylko czarne.

Lgnęłam do ludzi, którzy psioczyli na cały świat, bo mogłam robić to z nimi. Smutni i dumnie pogrążeni w patetycznym welschmertzie, towarzyszyli mi w całonocnych rozmowach nad marnością świata, w zadymionych barach i piątkach zbijanych z Schopenhauerem. Pakowałam swoją głowę cynizmem, żalem i ciężarem egzystencji.

Przełomowym momentem w moim życiu był ten, gdy zrozumiałam, że w mojej głowie jest dokładnie to, co do niej włożę. I nie ma prawa być nic więcej. Czasem wydaje nam się, że to świat decyduje o tym, co się w niej znajdzie, ale nikt – poza nami – nie ma takiej mocy. Pisałam o tym, tłumacząc, dlaczego jutro wcale nie będzie lepiej. Wbrew pozorom to najbardziej optymistyczny tekst na tym blogu 🙂

 

CENNA PRZESTRZEŃ

 

To odkrycie sprawiło, że zaczęłam szanować swoją mentalną przestrzeń. Nie wkładać do niej dodatkowo frustracji, smutku, znużenia. Nie zaśmiecać. Zrozumiałam też wartość swojego czasu i wagę poszczególnych wyborów. To pozwoliło mi tak naprawdę, naprawdę dostrzec, że wybranie książki zamiast Facebooka przed snem jest okazaniem troski o swoją głowę, swój spokój, sen, rozwój. Że wyjście na spacer i odcięcie się od bodźców z ekranu to prezent dla mnie samej, a nie przykry obowiązek.

Wcześniej czułam, że tak trzeba, tak jest zdrowo, tak powinnam robić. Znacie to? Kiedy cały wszechświat twierdzi, że coś będzie dla Was dobre, Wy się z tym zgadzacie w całej rozciągłości, ale jakoś nijak nie potraficie wdrożyć tego w życie? Przecież tak mocno się staracie…

Dlaczego tak się dzieje? Bo obiektywne powody działań często nie są naszymi powodami. Wszyscy palacze wiedzą, że palenie im szkodzi. Pewnie co drugi z nich uznaje zdrowie za wartość będącą na samym szczycie życiowych priorytetów. Bo to wielka wartość w obiektywnym rozumieniu. Ale dla każdego palacza (choć się do tego nie przyzna) jego relacja z papierosem jest ważniejsza. I dopóki coś innego nie zacznie być wyżej na liście jego prywatnych priorytetów, dopóty palić nie przestanie.

I tak jest z utrzymaniem diety, regularną aktywnością fizyczną, czytaniem książek, uczeniem się języka, spełnianiem swoich życiowych ambicji. W ogóle nie jesteśmy obiektywni w swoich priorytetach, choć publicznie deklarujemy inaczej. Nic w tym złego. Jednak nieświadomość tego często powoduje frustrację – bo jak to, przecież coś jest dla nas tak cholernie ważne, a nie potrafimy tego za nic doprowadzić do końca?

Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, choć trudna do przyjęcia. Najwyraźniej to, co próbujemy osiągnąć, nie jest dla nas wystarczająco ważne. Może nie widzimy w tym prawdziwego sensu, choć ten obiektywny razi nas po oczach?

Czasem nie chodzi o to, żeby starać się bardziej, mocniej, tylko właśnie tego sensu poszukać i zyskać wgląd w istotę rzeczy. Nasz prywatny wgląd. Gdy ja zrozumiałam sens dbania o swoją mentalną przestrzeń, stało się to dla mnie priorytetem. Największym.  

 

NAJPIERW SELF CARE

 

Zrozumiałam, że od własnej głowy nie można stale oczekiwać – że będziemy mieli dobry humor, energię do pracy, chęć do zmian, nieustającą samodyscyplinę i motywację. Pojęłam w końcu, że o głowę trzeba dbać, jeśli chcemy, by nam służyła. Nie przesycać bodźcami, dawać możliwość odpoczynku i otaczać samomiłością.

Pakować dobrem, pozytywnymi treściami, nie wypełniać negatywnymi emocjami, które sami sobie generujemy lub podsycamy. Wystarczająco zła czyha na nas na zewnątrz. I warto poświęcić siły na zmierzanie się z nim, zamiast na codzienne otrzepywanie się z gówna, które sami na siebie wylaliśmy.

Mózg nie wie, czy to nasze myśli, czy piosenka, film, cokolwiek. Wie, że czujemy się smutni i pogrążamy się w melancholii. Melancholia uzależnia. Odkryłam to już jako wczesna nastolatka – rozkoszowałam się tym smutkiem i nie umiałam tego przerwać. Długo nie wiedziałam, że w ogóle można inaczej.

Wiele lat wierzyłam, że pozytywne myślenie jest naiwne. Wolałam być realistą, z wiecznymi pretensjami do świata, że wygląda tak, jak wygląda. Ale przynajmniej dostrzegałam jego przywary w pełnej krasie, nie? Pomijając to, że obiektywny realizm nie istnieje, to nawet jeśli by istniał – po co korzystać z idei, która przysparza nam niemal jedynie negatywnych doznań? Przeżyć swoje życie w prawdzie, ale nieszczęśliwe? W prawdzie… W obliczu tego, że nawet nie mamy pewności, co do tego, czy istniejemy? Zaprzedawanie swojego szczęścia za cenę wątpliwego realizmu – to dopiero naiwniactwo.

Wszystko znów sprowadza się do jednej konkluzji: że szczęście, dobre samopoczucie, jakakolwiek radość życia, to skutek naszych wyborów. Co dziś włożymy do swojej głowy? Czym będziemy ją karmić – wiedząc, że na pewno nam się odwdzięczy?

 

Powiadomienia o nowych postach

No spam guarantee.

Podziel się tym wpisem z innymi:
  •  

Powiązane wpisy

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Zoska
Zoska
20 dni temu

Piekny artykul 🙂 Zgadzam sie w 100%! Czasami tez sabotujemy to co chcemy osiagnac, bo po prostu sie boimy. Bac mozna sie tez dobrych rzeczy: sukcesu, milosci, atrakcyjnosci. Mozemy sie bac, ze je pozniej stracimy, albo ze ktos odkryje ze tak naprawde nie jestesmy wartosciowi i udajemy.

Przepraszam za brak polskich znakow;)

2
0
Zgadzasz się? A może wręcz przeciwnie? Skomentuj!x
()
x