Menu Zamknij

Minimalizm: moja historia

minimalizm-blog

Od dzieciaka byłam chaotyczna, niepoukładana i nieporządna. W moim pokoju panował tak wielki bałagan, że legendy o nim krążyły po całej rodzinie – i nie tylko. Mimo że raz w tygodniu pokój musiał być wysprzątany na błysk, bo inaczej nie dostałabym kieszonkowego, to 90% czasu wyglądał jak tragiczne pobojowisko. Kompletnie nie radziłam sobie z bałaganem i uważałam sprzątanie za największe marnotrawstwo czasu na świecie. Bo przecież po co spędzać pół soboty na sprzątaniu, układaniu, myciu, skoro za 2 dni było znowu jak wcześniej? Nie miałam nad tym kontroli i bardzo mnie to frustrowało. Gdy wyprowadziłam się z domu i zamieszkałam w wynajętym pokoju z chłopakiem, dzieląc mieszkanie z obcymi ludźmi, niewiele się zmieniło. Mój ukochany, choć znacznie porządniejszy ode mnie, też porządku nie potrafił utrzymać i tak sobie żyliśmy przez lata, nigdy nie przyjmując niezapowiedzianych gości

 

Anty-minimalizm

 

Lubiłam zbierać, choć nawet tego nie zauważałam. Mój dom rodzinny w żadnym wypadku nie należał – i wciąż nie należy – do minimalistycznych. Zawsze wokół mnie było dużo: lodówka pełna (dzięki Bogu), biblioteczka to wręcz po brzegi, z szaf się wysypywało. Na ścianach może kilka luk niewypełnionych ozdobami. Na próżno by szukać w moim pokoju pustych szuflad, bo prawie nigdy niczego nie wyrzucałam. Otrzymane smycze promocyjne, breloczki, ozdoby do włosów, kartki okazjonalne, stare zeszyty, wypisane długopisy, magazyny promocyjne z ładnymi zdjęciami, stare koperty, niedziałające sprzęty elektroniczne i kabelki, pamiątki, magnesy, figurki – na to wszystko było w miejsce w moich szafkach.

 

Pełno-pusta szafa

 

Ubrania? Byle dużo. Gdy odkryłam lumpeksy, co drugi dzień wracałam z jakimś łupem. Przez pół liceum i niemal całe studia wszystkie pieniądze wydawałam na szmatki z lumpeksów i wyprzedaży. Często ciuchy duplikowałam: bo szkoda nie wziąć czarnej, klasycznej koszulki za parę złotych. Mimo że mam już 5 innych, które noszę z niechęcią, gdy jedna-ulubiona jest w praniu. Coś nowego albo popularniejszej marki? Wezmę, bo jak coś, to sprzedam. 

Szafa zaczynała pękać w szwach, a ja coraz mniej miałam się w co ubrać. Nie lubiłam w niej właściwie niczego, poza paroma konkretnymi ciuchami, które w koło nosiłam i do których wracałam wciąż i wciąż. Miałam po 15 podobnych szarych swetrów, bo szukałam “tego idealnego”. Każdy z nich kosztował od 10 do 80 złotych, więc nie kupując żadnego, mogłabym pozwolić sobie na jeden wymarzony, najwyższej klasy, który – w przeciwieństwie do większości tamtych – zawsze nosiłabym z przyjemnością. Ale ja nawet takich nie sprawdzałam, więc o żadnym nie marzyłam. W sklepach online ustawiałam filtrowanie “Od najtańszych” i kończyłam przeglądać już gdzieś w okolicach stówki. Bo przecież mnie nie stać na droższy, to po co w ogóle brać taki pod uwagę? Zresztą skoro już coś kupuję, to jeszcze bym chciała jakąś inną rzecz, a nie tylko jeden ciuch. Więc sweter za 5 dyszek i t-shirt za 3, dorzucę jeszcze jakiś łańcuszek, to w stówce zmieszczę trzy rzeczy. To się nazywa deal! No i klasyk: pełne półki ubrań “po domu”. I brak choć jednej porządnej koszuli na egzamin, więc co sesja płacz, że nie mam co włożyć. Bo rzeczywiście nie miałam. 

 

Minimalizm? Who?

 

W skrócie: chciałam dużo. Byle jak, byle co, byle dużo.  W tamtym okresie minimalizm znaczył dla mnie tyle, co ascetyzm. Nie radziłam sobie z pieniędzmi, stale przelatywały mi przez palce – wydawałam tyle, ile miałam. A zakupy wcale nie sprawiały, że moje życie było lepsze, że lepiej się ubierałam, że lepiej się czułam. Nic z tych rzeczy. Nie umiałam utrzymać porządku, nie panowałam nad finansami, nigdy nie miałam w co się ubrać i wiecznie czułam, że to dlatego, że mam za mało. Że kolejny zakup rozwiąże jakiś mój problem. Czy byłam zakupoholiczką? Na pewno miałam silne predyspozycje. Choć nigdy tak o sobie nie myślałam, bo przecież kupowałam tanio i byle co, a nie rozwalałam wypłaty na najdroższe torebki. A tak kojarzyłam zakupoholizm. To bardzo złudne. Równie złudne, co kojarzenie alkoholika wyłącznie z pijanym dziadkiem spod sklepu. 

Po prostu w którymś momencie życia uwierzyłam, że to rzeczy sprawią, że będę jakaś. Że ta kolejna coś zmieni. Że już ostatnia, ale ta musi być. I żeby uciszyć racjonalną część mózgu, wydam jak najmniej. Bo to przecież takie racjonalne, nie? Skoro nie zarabiam kokosów, to nie pozwalam sobie na rzeczy z wyższych półek. Za to kupię 10 razy tyle 10 razy tańszych.

Ewidentnie miałam problem. I coraz bardziej mi przeszkadzał. Czułam, że nie ogarniam niczego: ani siebie, ani finansów, ani swojego domu… jak miałam więc ogarniać to, co działo się w moim wnętrzu?

 

Przełom

 

Wszystko zmieniło się od lektury Magii Sprzątania. Książki nieidealnej, kwestionowanej, ale dla mnie przełomowej. Pisałam o niej tutaj.

Dziś, rok później, mogę z dumą powiedzieć, że jestem minimalistką. I nigdy nie byłam bardziej zadowolona ze swojej codzienności. O tym, co dał mi minimalizm i dlaczego uważam go za odkrycie życia – już w następnych wpisach. 

 

Powiadomienia o nowych postach

No spam guarantee.

Podziel się tym wpisem z innymi:
  •  

Powiązane wpisy

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Dlaczego (już) nie kupuję w lumpeksach? - chociażby.pl

[…] Kiedyś bardzo potrzebowałam kurtki na zimę. Szukałam jej po lumpach, żeby nie przepłacić. Chodziłam i chodziłam, szukałam i szukałam.  Ostatecznie zniosłam do domu cztery czarne, płacąc za każdą ok. 50-70 złotych, nie będąc z żadnej zadowolona w 100%. Niepokojąco długo zajęło mi zrozumienie, że za łączną sumę mogłabym sprawić sobie kurtkę marzeń (na tamte czasy). Pisałam już o tym we wpisie o minimalizmie. […]

1
0
Zgadzasz się? A może wręcz przeciwnie? Skomentuj!x
()
x