Menu Zamknij

Dlaczego ciągle robisz zdjęcia?

blog-minimalizm-chociazby-2021

Fajnie, że w naszej uprzywilejowanej rzeczywistości pierwszego świata niemal wszyscy mamy smartfony, a w nich świetne aparaty. Aparaty, które pozwalają robić zdjęcia tak wysokiej jakości, o jakiej jeszcze niedawno marzono w specjalistycznych sprzętach. 

Fajnie, że nie ogranicza nas liczba miejsc na kliszy, a pamięć w przeciętnym telefonie wiele zniesie. Możemy robić po tysiąc zdjęć jednego widoku, dwa tysiące zdjęć własnej twarzy i pięćset ujęć filiżanki kawy z croissantem. A później dokupimy więcej miejsca w chmurze.

Fajnie. Fajnie i niefajnie zarazem.

 

APARAT ZAMIAST OCZU

 

W którymś momencie zaczęliśmy patrzeć na świat okiem obiektywu w telefonie. Gdy wdrapujemy się na szczyt góry, gdy widzimy piękny zachód słońca albo imponujący krajobraz, w pierwszym odruchu wyciągamy komórkę, by jak najszybciej uchwycić na zdjęciu to, co właśnie widzimy.

Nieważne, czy opublikujemy to zdjęcie na Instagramie, facebookowej relacji, podeślemy znajomym czy zostawimy dla siebie. Pierwszeństwo w przeżyciu wyjątkowego momentu przyznajemy pikselom.

 

PIC OR DIDN’T HAPPEN

 

Niedawno wróciłam z urlopu. Któregoś wakacyjnego dnia wspólnie ze znajomymi zwiedzaliśmy starożytne ruiny chorwackiego Splitu. Wejście na jedną z budowli miało kilka przystanków, z których można było podziwiać krajobraz zapierający dech w piersiach. Ludzie zatrzymywali się, wyciągali telefon, robili zdjęcie – a raczej zdjęcia, bo charakterystyczny odgłos pstryknięcia zdawał się nie milknąć.

Chowali telefon do kieszeni i szli dalej. Zaliczone.

Również w Chorwacji wybraliśmy się na rozrywkę zwaną zip line. Coś niesamowitego: przypięty na uprzęży zjeżdżasz po linie na wysokości 500-700 m, o długości ok. 600 m, z prędkością sięgającą nawet 80 km/h.

(źródło zdjęcia: croatia.hr)

 

W naszej grupie trafiliśmy na 3-osobową polską rodzinkę – mama, tata, dziecko. Okazało się, że tylko jeden rodzic wziął ze sobą telefon, więc nie wszystkie 7 zjazdów będą mogły zostać uwiecznione na fotach.

To znaczy będą, ale nie każdy zjazd każdego członka rodziny. Pan ojciec przy grupie wyraził głośno dezaprobatę dla żony, która telefonu nie wzięła, burknął “Oczywiście ja nie będę miał zdjęć. Bardzo ci dziękuję”.

I aż do końca przygody będącej niepodrabialnym doświadczeniem, mieszanką gigantycznego strachu i maksymalnej ekscytacji, jako jedyny prezentował przez 2,5 godziny niewzruszoną, jednak znacząco rozgoryczoną minę.

Niezaliczone.

 

SAMI SOBIE TO ROBIMY

 

Kiedy jakiś czas temu czyściłam pamięć telefonu, zabrałam się za usuwanie zdjęć. I zrobiło mi się dziwnie.

5 tysięcy zdjęć. Jakieś 4900 z nich nigdy nie ujrzało światła dziennego. Może 50-100 z nich było warte zachowania.

  • Krajobrazy, roślinność, przedmioty, codzienność – ok. 1800 zdjęć. 99% nigdy nie opublikowałam ani do nich nie wróciłam.
  • Zachody słońca, niebo –  na telefonie miałam około 600 zdjęć zachodzącego słońca i 800 zdjęć nieba, do których nigdy nie wróciłam. Żadne ze zdjęć nie uchwyciło nawet 10% realnego piękna tamtej chwili, mimo setnych prób złapania dobrego ujęcia.
  • Zdjęcia mnie – ok. 1000 zdjęć. Coś przerażającego. 200 zdjęć tego samego kadru, by uchwycić idealne ujęcie własnej twarzy. Sprawdziłam czas pstryknięcia pierwszego zdjęcia z serii i ostatniego. Półtorej godziny spędzone na próbie zrobienia zdjęcia nadającego się w moich oczach do publikacji. Około 1980 nigdy nieopublikowane.
  • Inni ludzie – może z 30 zdjęć. Przykra sprawa.

 

 

KREUJĄC 

 

Ludzie lubią się chwalić. Nie ma w tym nic wstydliwego. Ja lubię, Ty lubisz, a sentencje pokroju Czym byłby sukces, gdybyśmy nie mogli się nim nikomu pochwalić trafiają w większość z nas. Można chwalić się pieniędzmi, domem, przedmiotami, stylem, wyglądem, relacjami, przeżyciami. Smacznie lub niesmacznie.

Social media pozwoliły na coś niewiarygodnego. Mogliśmy zacząć się chwalić WSZYSTKIM i ZAWSZE. Na gigantyczną, stale rosnącą skalę. Tym co widzieliśmy, co przeżyliśmy, gdzie byliśmy i jak ładnie wyglądamy akurat dzisiaj.  Wszyscy wiemy, że lajki, serduszka, followy i zasięgi łechczą nasze ego. Chcemy więcej. Ciągle. Nic dziwnego.

Nawet jeśli 99% zdjęć w naszym telefonie nigdy nie opublikujemy, stwarzamy ku temu możliwość. Robimy tysiące zdjęć, żeby nie przegapić tej jednej chwili, dla której warto było spędzić wycieczkę z nosem w telefonie.

Facebook jako pierwszy skłonił nas do kreowania swojego wizerunku za pomocą zdjęć, z kolei Instagram sprawił, że wszyscy poczuliśmy się trochę fotografami. Początkowo stanowił foto-pamiętnik, by teraz stać się egzaltacją estetycznego wyczucia właściciela. Czy to źle? Niekoniecznie, bo jako ludzie kochamy piękno i chcemy go doświadczać, a tworzenie go – w tym wypadku w postaci wypracowywania własnego feeda – sprawia nam dużo satysfakcji. Sama ją odczuwam. Więc w czym rzecz?

 

UPAMIĘTNIENIE PRZED PRZEŻYCIEM

 

Nie piszę tego wpisu z perspektywy osoby wolnej już od tego nawyku. Sama dopiero z nim walczę. Gdy widzę coś pięknego, wszystko we mnie każe mi złapać za telefon i odpalić aparat! Ale z całych sił staram się tego nie robić. Skupić na kontemplacji, uważności, zaangażowaniu wszystkich zmysłów w odczuwaniu piękna danej chwili.

Nie uważam, że robienie zdjęć jest bezwartościowe, że należy przestać to robić i zamknąć konto na insta. A w życiu!

Jednak próba zrobienia idealnego zdjęcia danej chwili często kończy się tym, że ta chwila nam umyka. O ile nie jesteśmy prawdziwymi fotografami znającymi się na rzeczy, nie uchwycimy nawet połowy piękna tego krajobrazu, nieba, budowli. A nawet jeśli uchwycimy, znacznie osłabimy przeżycie go właśnie w tamtym czasie. Fajnie będzie podziwiać zdjęcia i wspominać. Ale gwarantuję Ci, że o niebo piękniej jest tę chwilę naprawdę przeżyć.

Jeśli nie jesteśmy influencerami, którzy zarabiają z publikowania zdjęć, albo prawdziwymi pasjonatami fotografii i robienie zdjęć jest dla nas sztuką, to naprawdę nie potrzebujemy fotografować każdą widzianą rzecz, każdy krajobraz, każdy zachód słońca, każde śniadanie, każde wyjście do baru. Jasne, że możesz. Czemu nie warto?

Nie jestem influencerką, mam garstkę (fantastycznych) obserwatorów. Kiedyś byłam w ogrodzie botanicznym, z którego wróciłam z 300 zdjęciami. Parę wrzuciłam na instastories, ale pewnie zostały przeklikane, bo niczym się nie wyróżniały. Ot, ładna roślinność. Z tego wyjścia pamiętam głównie robienie zdjęć. Coś okropnego.

 

 

DO JAKICH ZDJĘĆ WRACASZ?

 

Zdjęcia są cudowne. Wiele wspomnień uleciałoby kompletnie z naszej pamięci, gdyby nie zostały zachowane na zdjęciach. Czasem przeglądam rodzinne albumy i jedno zdjęcie potrafi niewiarygodnie pobudzić pamięć i przywołać z niej całe historie.

Jeśli chcemy robić wartościowe zdjęcia, warto zastanowić się, do jakich fotografii wracamy. Zwykle są to te:

  • upamiętniające chwile z bliskimi,
  • które pokazują śmieszne, niecodzienne sytuacje,
  • uwieczniające naprawdę wyjątkowe momenty.

Może Ty wracasz do innych. Ale pewnie zgodzisz się ze mną, że na tej liście nie ma losowych krajobrazów, papierowego kubka kawy czy 40 zdjęć dania z wegańskiej restauracji.

Czy to znaczy, że nie ma sensu robić lifestylowych zdjęć, które po prostu wrzucimy na instagram? Nie mi na to odpowiadać. Sama prowadzę konto i sama wrzucam czasem zdjęcia, które są po prostu moją codziennością.

Ale nie pozwalam już na to, by żeby zrobienie dobrego ujęcia filiżanki czy własnej twarzy zajmowało więcej czasu i klatek niż niezbędne minimum.  Nie pozwalam na to, by aparat widział przede mną. Żeby zdjęcie zastępowało przeżycie. Tylko tyle i aż tyle.

 

Życzę przeżyć,

 

blog-minimalizm-2020

 

 

 


Wolisz słuchać niż czytać?

Koniecznie sprawdź mój podcast!

chociazby-podcast-minimalizm-pngChociażby Podcast – minimalizm, rozwój, self care

Podcast o minimalizmie, rozwoju i dbaniu o siebie

Słuchaj na SpotifyApple Podcasts i YouTube


Instagram

Trochę prywaty w minimalistycznych dawkach.

Zapraszam!

@chociazby

instagram-chociazby-podcast-mnimalizm

NEWSLETTER

No spam guarantee.

Podziel się tym wpisem z innymi:
  •  

Powiązane wpisy

Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Marta

klasycznie w sedno!

Sylwia

Pani Gabrysiu, czytam dziś od kilku godzin Pani wpisy i zachwycam się każdym osobno i wszystkimi na raz. Wyraziła Pani za pomocą słowa to, co myślę, o czym marzę i kim chciałabym być. Czytam, czyta i czytam…i okazuje się, że w tym miejscu odnalazłam potwierdzenie wielu moich myśli. Ktoś uważa tak jak ja, czyli coś w tym musi być. A teraz tylko muszę chcieć, aby się stało. Pierwszy krok zrobiłam, schudłam podobnie jak Pani. Drugi krok realizuje, porządkuję mój dom. Jeszcze chwila i skończę. Robię to powoli i metodycznie. Wiem dzięki Pani, jak zacząć aktywność fizyczną, a zupełnie nie miałam pojęcia jak zacząć. Od samego patrzenia na treningi aerobowe bolały mnie mięśnie i wiedziałam, że je i tak znienawidzę. 8 minut…tyle dam radę. A jutro wracam do pracy. I też znajdę sposób, żeby sobie z tym poradzić. Bo chcę. Dla siebie, dla moich domowników. Dziękuję za to, co wyczytałam z Pani bloga. Pomogło.

monia

Słuchając podcast o samoakceptacji i czytając ten wpis przyszły mi do głowy 2-3 refleksje. Są osoby, których aparat po prostu nie lubi, ja do nich należę. Wychodzę na zdjęciach fatalnie, patrzę na siebie na fotach jak na obcą osobę. I nie jest to tylko moja subiektywna ocena, ponieważ ludzie, którzy znali mnie tylko z fotek, są bardzo zdziwieni, jeśli zobaczą mnie na żywo, że to jestem właśnie ja, bo zupełnie inaczej sobie mnie wyobrażali, jako brzydką, starszą, heterę, babajagę /lol/. No niestety… pogodziłam się z tym tematem. Mam manię przerabiania fot z wakacji, żeby choć trochę polepszyć swój wygląd na nich i mieć pamiątkę. Z czasem zaczęłam unikać fotek z imprez, w ten sposób, że to ja robię zdjęcie, mam pamiątkę, utrwaliłam jakieś wydarzenie towarzyskie, widok, ale mnie na tej focie nie ma. To mi wystarcza, że tam byłam, stałam po drugiej stronie obiektywu. Drugą rzeczą jest zmienna percepcja postrzegania rzeczywistości, nie wiem od czego to zależy, ale czasem są dni, że wszyscy ludzie, łącznie ze mną wydają mi się jacyś brzydsi, naruszeni zębem czasu, nieatrakcyjni, a innego dnia, wszyscy są spoko. Może to hormony albo plamy na słońcu?
Trzecia sprawa – wiem, że osobie w wieku 24 lat, trudno może to zrozumieć, ale kiedy masz problemy z akceptacją swojego wyglądu, spróbuj sobie wyobrazić siebie w wieku np. 40 lat. Bo kiedy jesteś młoda oceniasz, tylko to co dała ci natura, a nie to co zabiera ci powoli wiek. Zmarszczki pod oczami, owal twarzy się sypie… inna przemiana materii już nie pozwala na łatwe utrzymanie płaskiego brzuszka. Kiedyś może widziałaś podziw w oczach przechodniów, teraz jesteś dla nich przeźroczysta nawet jak ubierzesz najpiękniejszą sukienkę świata. Także doceń swoją młodość jako podstawowy atut i nie rozkminiaj szczegółów swojego wyglądu 🙂

4
0
Zgadzasz się? A może wręcz przeciwnie? Skomentuj!x
()
x