Szukając swojego stylu, miałam jeden cel.  Marzyłam o szafie, która będzie mi służyć – w każdym tego słowa znaczeniu.  Chciałam czuć się w swoich ubraniach swobodnie, ładnie i pewnie, a przy tym nie poświęcać tej kwestii więcej uwagi niż to konieczne lub przyjemne. W dużej mierze mi się to udało, więc dziś podzielę się z Wami 5 odkryciami, do których doszłam na tej wyboistej drodze. Zapraszam!

 

1. Większa liczba ubrań….

nie sprawia, że moja garderoba funkcjonuje sprawniej, a ja wyglądam lepiej. Wręcz przeciwnie.

Długo nie rozumiałam jednej oczywistej prawdy: Zawsze mam na sobie tylko jeden strój. Kiedy wychodzę z domu, nie ma żadnego znaczenia, ile ubrań leży w szafie. Nieważne, co miałam na sobie wczoraj i co będę mieć jutro. Zawsze jest tylko dzisiaj.

Świat głosił, że wielka garderoba to marzenie każdej kobiety, więc mocno wierzyłam, że to stan, do którego warto dążyć. Czułam, że to tam leży styl – w ogromnym wyborze i błysku nowości. I podobnie jak miliony innych kobiet na całym świecie, wpadłam w spiralę niedomykającej się szafy i jednoczesnego Nie mam co na siebie włożyć

Odkąd totalnie zminimalizowałam liczbę ubrań i nie ma w mojej szafie miejsca na bylejakość, ubieranie stało się przyjemnością, a nie frustrującą nerwówą przed każdym wyjściem.

Im mniej mam ubrań, tym coraz wyraźniej definiuję swój styl. Częściej miksuję różne części garderoby, które wcześniej parowały się w nierozłączne komplety. Ostrożniej kupuję nowe ubrania, które zawsze są wymarzone i mają swoje miejsce w szafie.

Noszenie tylko tych ubrań, w których czuję się dobrze, swobodnie i ładnie, zmienia jakość życia. O tym, dlaczego to nie “tylko ciuchy”, pisałam tutaj.

 

 Przeczytaj też: Największa wartość minimalizmu 

 

2. Jeśli czuję się w czymś niekomfortowo…

to nigdy nie będę wyglądać w tym dobrze. 

Nie chodzi nawet o typowo niekomfortowe sprawy, jak zbyt krótka sukienka – ale też te, które wymuszają stałe pamiętanie o tym, że coś mam na sobie.  Podwijający się sweter i źle skrojona bluza, która przy podnoszeniu rąk odsłania pół pleców, przekręcający się szew w dżinsach… Brr. 

Zrozumiałam, że najlepiej wyglądam wtedy, kiedy w ubraniach czuję się tak, jakby ich nie było. Nie cierpię podciągać, przesuwać, wygładzać, uważać na coś. Wtedy się garbię, przeglądam w każdym lustrze i mam ochotę wskoczyć w dres tak szybko, jak to możliwe. W rzeczach, w których czuję się swobodnie, mogę podbijać świat. 

 

ubrania-minimalizm-blog-chociazby-pl

 

3. Jak tylko kupię te dżinsy…

to cała garderoba zacznie mieć sens i w końcu będę miała w co się ubrać! No dobra, i te buty, bo żadne z moich nie pasują do nowych dżinsów. Do koszyka. Hmm, no i torebka, bo obecna średnio się nada. I ten naszyjnik, bo trzeba dobić do darmowej dostawy. Idealnie. Zamów.

To kolejna pułapka konsumpcjonizmu, która racjonalizuje samonapędzające się zakupy. Naprawdę wierzyłam, że każda kolejna rzecz coś zmieni, że tylko ona dzieli mnie od osiągnięcia jakiegoś stylowego celu. Że jeszcze tylko to! Zawsze jest jeszcze “tylko to”. 

I wiecie co? Żadna z kupionych w ten sposób rzeczy nic nie zmieniała. Garderoba rosła, a ja dalej zmagałam się z tymi samymi problemami. Teraz wiem, że jeśli w głowie dudni mi “Jak tylko….”, to odkładam zakup i  nabieram dystansu. Nawet jeśli w danym momencie wydaje mi się całkowicie niezbędny.

 

Czytaj: Jak przestać kupować? 5 wskazówek, jak wyrwać się ze spirali zakupów

 

ubrania-minimalizm-blog

 

4. Kupowanie ubrań, które są całkiem fajne

to największy błąd, jaki można popełnić w budowaniu udanej garderoby i szukaniu swojego stylu. 

 Jeśli masz 5-7 górnych części garderoby i 2 doły – dasz radę przechodzić tak cały tydzień bez prania. Niech każda rzecz ponad tę liczbę będzie cudowna i wspaniała, a Ty będziesz zakładać ją z przyjemnością. 

Nie ma sensu duplikować spoko rzeczy, bo coś, co przy zakupie jest “spoko”, za parę miesięcy będzie “średnie”, żeby później wylądować w kontenerze i stać się “żadne”. 

Pamiętaj, że jeśli coś nie zachwyca Cię nawet przy zakupie, to nie zachwyci Cię już nigdy później. Kupowanie takich ubrań jest prostą drogą do zagracenia szafy, której zawartości będziesz szczerze nie cierpieć.

minimalizm-w-szafie

5. Do zmian się dojrzewa

Długo fukałam na to, gdy bliscy zachęcali mnie do kolorów, rezygnacji z czerni i kiedy ktokolwiek namawiał mnie do innych krojów niż luźne. Miałam w nosie to, że według całego świata czerń mi nie pasuje i powinnam nosić bardziej dopasowane ubrania.

Aż któregoś dnia wróciłam z pracy, stanęłam przed lustrem i poczułam się przytłoczona swoim strojem jak nigdy wcześniej. Obudziłam się w wieku 23 lat, zmęczona czernią i owersajzami. I podjęłam decyzję, że ten etap w moim ubiorze właśnie się zakończył. To musiało przyjść samo.

 

. . .

 

Macie jakieś swoje małe odkrycia, które pozwalają Wam tworzyć sprawnie funkcjonującą szafę? Standardowo każda rada jest na wagę złota!

Satysfakcjonującej garderoby,

 

blog-minimalizm-2020

 

 

 

 

 

Podziel się tym wpisem z innymi:

6 thoughts on “5 małych odkryć, które bezpowrotnie zmieniły moją szafę”

  1. ostatnio znalazłam przypadkiem twojego bloga i woow tego własnie potrzebowałam! Rób dalej to co robisz dziewczyno 😀

  2. Zamierzasz zrezygnować z czerni? Z wpisu o inspiracjach na jesienno-zimową garderobę wynika, że zajmuje dość ważne miejsce w Twojej szafie.

    Jakim typem kolorystycznym Twoim zdaniem jesteś? BTW trafiłam tu, bo zobaczyłam Twój komentarz na blogu ubieraj się klasycznie i zaintrygowało mnie zdjęcie w avatarze 😉

    1. Od miesiąca nie założyłam czarnej góry – w sensie swetra, bluzy, koszulki itd. Ciekawe doświadczenie po kilku latach noszenia 95% czarnych rzeczy 🙂 Bardzo odświeżające. Czerń na pewno nie zniknie u mnie z dołów, okryć wierzchnich i dodatków, tu nie ma mowy! Jednak przy twarzy zdecydowanie będę jej unikać, przekonałam się, że naprawdę mi to służy. Jakoś z dnia na dzień czerń zaczęła mi ciążyć i poczułam się nią zmęczona. Jeśli chodzi o typ kolorystyczny, to jestem Prawdziwym Latem żywo wyrwanym z opisu. Więc to, że czerń mi nie pasuje, wiedziałam od zawsze – i długo przez to nie uznawałam analizy kolorystycznej, bo ani mi się śniło rezygnować z czerni 😀

      1. Piąteczka, ja też z teamu „czerń nie przy twarzy” 😉 przez długi czas myślałam, że jestem innym typem kolorystycznym niż jestem, a jak już doszłam do prawdy, to postanowiłam kupić sobie jakieś góry w kolorze z palety. No i tu wpadłam w pułapkę, bo może i dobrze wyglądam w intensywnie różowym swetrze, ale ilość miejsc, w których chciałabym się w nim pokazać jest mocno ograniczona 😉 a metka oderwana… To, o czym piszesz punkcie 2., też dotyczy moim zdaniem właśnie kolorów.

        1. Taaak, znam to – 90% odcieni z mojej palety nigdy nie znajdzie się w mojej szafie – mimo że dobrze w nich wyglądam 😀 Zawsze mnie to zniechęcało do analizy kolorystycznej: wolę czuć się w czymś fajnie, a nie tylko obiektywnie ładnie w tym wyglądać. A bardzo często te dwie rzeczy nie idą ze sobą w parze 😀

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.